Rocznica tragedii na CHAN TENGRI
sierpień 18th, 2009 przez rseredyniecki w kategorii Tien Shan07.08.2008 jedziemy na lotnisko do Berlina. Około południa Waldek, Andrzej A., Andrzej P. i ja wylatujemy z Berlina do Rygi, gdzie czeka na nas Bartek P.
Rankiem 08.08.08 lądujemy w Ałmaty. Na lotnisku czekają na nas dwa auta terenowe, którymi zabierzemy się do bazy śmigłowca w Karkarze. Po kilku godzinach jazdy przez stepy w palącym słońcu docieramy na miejsce. Rozbijamy namioty, poznajemy okolicę oraz przyglądamy się maszynie, która zabierze nas na lodowiec.
Dwa dni później lądujemy na lodowcu u stóp Chan Tengri.
Fascynacja, przerażenie i respekt to słowa, które najlepiej oddają nasze samopoczucie i które będą nam towarzyszyć podczas całej wyprawy. 3 kilometrowa, niemal pionowa ściana robi ogromne wrażenie, teraz już rozumiemy, dlaczego mówią o tej górze „mała” K2.
Baza główna znajduje się na lodowcu Inylchek, to skupisko namiotów, jednej toalety i namiotu głównego.
Po dwóch dniach aklimatyzacji ruszamy założyć obóz I. Przejście przez lodowiec nie jest skomplikowane, mijamy „niewielkie” szczeliny i podchodzimy pod ścianę, a potem rozpoczynamy stromą wspinaczkę. Po 3 godzinach dochodzimy do miejsca, gdzie można rozbić namioty. Zostawiamy depozyt w postaci żywności i gazu, a następnie wracamy do bazy.
Po dwóch dniach odpoczynku decydujemy się wyjść do obozu I i tam nocować. Planujemy, w celach aklimatyzacji dojść do obozu II w ciągu dwóch dni, a następnie wrócić do bazy głównej BC(Base Camp).
13.08.08 jesteśmy w obozie I. na wysokości 4500 m. Następnego dnia szykujemy się do wyjścia do obozu II. Niestety nie śpię najlepiej i decyduję się zostać jeszcze jedną noc. Koledzy zbierają się i po dziesiątej wychodzą w kierunku „dwójki”. Ku mojemu zdziwieniu po 8 godzinie marszu wracają, okazuje się, że wyszli za późno i nie zdążyliby dojść do II przed zmrokiem.
Następnego dnia wstaję przed szóstą i chwilę później wyruszam
samotnie do obozu II. Jest ładna pogoda, piękne widoki i bardzo stromo. Idzie się ciężko, mam wolne tempo, brak tlenu daje znać o sobie. W końcu docieram do obozu. Wieczorem pogoda załamuje się i nie zmienia przez kolejne dni. Jestem tutaj sam tzn. jeden Polak spośród kilku Rosjan, Kazachów i wrzeszczących Koreańczyków. Samopoczucie poniżej normy, sam w namiocie, a dookoła zamiecie i śnieżyce. W końcu po dwóch dniach dociera do mnie reszta chłopaków oprócz Andrzeja A., który zdecydował zawrócić do BC. Radość ze spotkania z chłopakami nie ma końca.
W związku z dużym opóźnieniem decydujemy się nie schodzić już do BC tylko iść w górę. W obozie II siedzimy jeszcze 2 kolejne dni, a następnie ruszamy do „trójki”. Nie bierzemy namiotów, planujemy nocować w śnieżnej jamie.
Droga do obozu III wiedzie stromym podejściem przez „plecy” Chapaewa 6100 m., a następnie ku
przełęczy, gdzie znajduje się obóz. Późnym popołudniem docieramy na miejsce. Resztę dnia w śnieżnej jamie spędzamy na gotowaniu. Dzień późnej, czyli 21.08 wstajemy wcześnie rano, czujemy adrenalinę, wiemy, że mamy tylko ten jeden dzień aby zdobyć szczyt. Każdego kolejnego dnia pogoda ma się pogarszać. Początkowo idziemy razem, ale z czasem dystans pomiędzy nami zwiększa się, ponieważ każdy idzie własnym tempem ubezpieczony liną poręczową.
Pierwszy na szczyt dociera Andrzej P., ok. godziny 14-stej. Przed 16-stą mijam się z nim i na szczycie jestem dopiero o18-stej. Na górze spędzam 20 minut i zaczynam schodzić. W tym samym miejscu, gdzie mijałem się z Andrzejem, spotykam wchodzącego jeszcze Waldka. Jest godzina 20-sta. Rozmawiamy o tym, że jest już późno,
że do szczytu jeszcze ponad 2 godziny. Waldek stwierdza, że spróbuje podejść jeszcze przez godzinę i potem zawrócić.
Waldek był moim nauczycielem i zawsze słuchałem jego rad. Nieraz zawracał mnie w Alpach, kiedy uważałem, że można iść dalej. Wtedy to ja próbowałem uświadomić mu, że należy zawrócić, że jest zbyt późno na wejście. Jednak on wiedział, że jeśli nie teraz to najszybciej za dwa lata będzie mógł zmierzyć się z tą górą ponownie. Poszedł. Mogłem go zatrzymać, teraz już wiem, ze powinienem zrobić to za wszelką cenę, jednak nie zrobiłem tego…przecież za godzinę miał zawrócić!
O godzinie 22. docieram do rosyjskiego namiotu na 6400 m., gdzie zastaję Bartka P. Pogoda nagle załamuje się, a wiatr omal nie porywa namiotu w przepaść. Niewiarygodne zimno przeszywa nas, dookoła słychać tylko świst wiatru. Przez moment wydaje mi się, że słyszałem jakieś kroki na zewnątrz. Pomyślałem wtedy, że to może być Waldi, który zdecydował się iść dalej do obozu na 5800m.
Po ciężkiej nieprzespanej nocy wychodzimy z Bartkiem w stronę naszej jamy w obozie III. Ok. 9. godziny docieramy na miejsce, gdzie ku naszemu zdziwieniu zastajemy tylko Andrzeja Partikę. Chwilę po naszym przyjściu przychodzi pewien Rosjanin i mówi: „Wasz kolega o 9. kontaktował się z BC, jest w okolicy szczytu, jest wyczerpany, stracił but i potrzebuje pomocy. Jest organizowana pomoc, trzeba zanieść jednego buta, rękawice. Wyruszą dwie osoby i ktoś z was najbardziej wypoczęty.”
Nie zastanawiamy się długo, Andrzej decyduje, że to on pójdzie, ja oddaję but i rękawice, Bartek przygotowuje herbatę w termosie. Chwilę później Andrzej wychodzi.
Dla Bartka i dla mnie rozpoczyna się długie wyczekiwanie, świadomość tego, że nie możemy nic zrobić jest straszna. Mijają długie godziny, a ich wciąż nie ma. Próbuję zasnąć z myślą, że jak się obudzę, zobaczę nas w komplecie. Nie wiem, ile trwa ten sen, ale po przebudzeniu widzę znów tylko Bartka. Wychodzimy z jamy, próbujemy ich wypatrzyć, ale nic. Mniej więcej o 14. następnego dnia pojawia się Andrzej, ledwie może utrzymać się na nogach. Wstrzymuje oddech, domyślam się, jaki jest finał, ale muszę to usłyszeć. „Waldek nie żyje” – mówi Andrzej i zasypia na siedząco…ja nie wierzę, może coś bredzi ze zmęczenia – myślę.
Po chwili przychodzi do nas Rosjanin i zupełnie niewzruszony powtarza słowa Andrzeja. Szok nie do opisania…to musi być jakiś sen – łudzę się na próżno. Macie godzinę na spakowanie się i schodźcie do bazy głównej na południowej stronie. Nie ma czasu do stracenia, wszyscy muszą opuścić obóz III! – rzuca Rosjanin.
Przybici, zdołowani z na wpół przytomnym Andrzejem, ja w
jednym bucie schodzimy do bazy ,oglądając się co chwilę na górę, która zabrała nam kolegę. Z relacji Andrzeja dowiedzieliśmy się, że dotarł do Waldiego on i kirgiski przewodnik Andriusza. Znaleźli go o 18-stej na wysokości 6800m, nie mógł chodzić i stracił władzę w dłoniach w wyniku odmrożeń. Czym prędzej zaczęli, metr po metrze, sprowadzać Waldka w dół. O 22. Kirgis zostawił ich i poszedł po pomoc. Do godziny czwartej nad ranem, nie doczekawszy się pomocy, na sto metrów przed rosyjskim namiotem Andrzej sam poszedł po pomoc. Gdy dotarł do namiotu poprosił, aby ktoś go zmienił i stracił przytomność. Gdy odzyskał świadomość dowiedział się, że Waldek umarł w miejscu, gdzie go ostatni raz widział.
Pojawiło się mnóstwo pytań: dlaczego nie doczekał się żadnej pomocy, choć obiecany był helikopter? Dlaczego Waldi był bez buta? Czy stracił go podczas wejścia, czy może po zdobyciu góry? Jak doszło do tego? No i w końcu, dlaczego nie zawrócił po godzinie jak obiecywał?
Już nie doczekamy się pewnie odpowiedzi na te pytania. Można jedynie spekulować czy zdobył szczyt i dlaczego stracił but. Moim zdaniem Waldi wszedł na tę górę, choć nie ma na to dowodów. Myślę tak, ponieważ zwykle po osiągnięciu wierzchołka góry przychodzi chwilowa ulga. Właśnie pod wpływam takiego odprężenia mógł zdjąć but, żeby rozmasować palce. Wcześniej podczas wejścia na Pik Lenina doznał odmrożeń palców lewej stopy i od tego momentu źle znosił niskie temperatury. But przez nieuwagę mógł spaść po prostu w przepaść…
Tomek
Symboliczne pożegnanie Waldka w sobotę 22 sierpnia o godzinie 15 na starym cmentarzu w Oławie. Ceremonia zostanie odprawiona przy grobie (kwatera II).






26 odpowiedzi do “Rocznica tragedii na CHAN TENGRI”
Przez Mariusz Jarosławski on sierpnia 7, 2008
Trzymamy kciuki i powodzenia!!!
bywa zgubna
ostrożnie z regionalną kuchnią
Przez Demsi on sierpnia 13, 2008
wracajcie wszyscy bo kto zagra w kosza ze mna ???
Przez kula Głogów on sierpnia 22, 2008
Panie Waldku, Bogu dzieki!!!!Jesteśmy z Panem!!!
Przez Paulina on sierpnia 23, 2008
Chan Tengri…Pan Niebios…tym razem nie wrócą wszyscy… [*] ;(
Przez Camel on sierpnia 23, 2008
Kto by przypuszczal,ze ta wyprawa nie skonczy sie szczesliwie,zwlaszcza dla Waldka.
Waldek Graj nie zyje! Jest to szok, niedowiezanie i rozpacz, bo odszedl wspanialy czlowiek. Wiecznie usmiechniety ,z niesamowitym poczuciem humoru i ……..:(
Zegnaj Waldku
Przez Egon on sierpnia 24, 2008
Żegnaj Przyjacielu …:(:(:(
Przez admin on sierpnia 24, 2008
Po prostu nie mogę w to uwierzyć
http://wiadomosci.onet.pl/1812621,12,item.html
Przez irekpl on sierpnia 24, 2008
niech spoczywa w pokoju, robił to co kochał i został w objęciach tej góry..
Przez Bogusia on sierpnia 24, 2008
Żegnaj [*]
Łączę się w ogromnym bólu z rodziną…wyrazy współczucia ;(
Przez Nieznajomy on sierpnia 24, 2008
[*]
Przez zorba on sierpnia 24, 2008
Zegnaj Waldi :(((( Bedzie mi Ciebie brakowalo :((((((((((((((((
Przez Toperz on sierpnia 25, 2008
Żegnaj górski bracie
Przez Olasz on sierpnia 25, 2008
milych snow Graju, dobrze bylo Ci tu miec, chociaz chwile.
Przez Demsi on sierpnia 26, 2008
Spoczywaj w pokoju, a duchem bądź z nami.Wyrazy współczucia dla żony i dzieci.
Przez Łysy on września 4, 2008
Czymaj sie Waldek. Zaczynaliśmy od małych górek i kamieniołomów na prymitywnym sprzęcie. Ty to pokochałeś. Będzie mi Ciebie brakowało. Wiele Nas wspólnego łączyło. Spoczywaj w pokoju.
Przez qls on września 5, 2008
http://www.jelcz-laskowice.naszemiasto.pl/wydarzenia/893954.html
Przez qls on września 5, 2008
http://www.radioram.pl/articles/view/7826/dramat-rodziny-zmarlego-alpinisty-posluchaj
Przez Darek Kociemba on września 11, 2008
witam,
schodzilem z Chana kiedy Waldek podchodzil z obozu 1 do 2. Chwile rozmawialismy. Nie moge uwierzyc ze tydzien po tym juz go nie bylo.
Pamietam jak rozmawialismy o tym iz nie wzieli malp i szli tylko na Tblockach. Pamietam jak pytal sie o trudnosci w podejsciu na Pietke.
A teraz go juz nie ma.
Trzymaj sie towarzyszu z gor!!! Pozostaniesz w pamieci tych ktorzy Cie spotkali.
Przez s on sierpnia 15, 2009
Witam
Niedlugo zbliza sie rocznica smierci Waldiego, czy doczekamy sie w koncu jakiegoś w miare szczegółowego opisu, co stalo sie tam na gorze???
Przez zorba on sierpnia 18, 2009
Wlasnie, nawet wszystkie wpisy ( relacje ) z tej wyprawy poznikały. O co chodzi ? Popierdalacie sobie po jakichs pagórkach i rzęsiste opisy smalicie o tych podbojach , a nie nie jesteście w stanie napisać i wyjaśnić do końca całej sytuacji?
Przez Kolega on sierpnia 18, 2009
Brawo dla Zorby.Mnie też szlak trafia gdy czytam jak towarzysze Waldiego rozpisują się o kolejnych podbojach górskich . Może by tak zjednoczyli swoje siły i środki w kierunku odnalezienia i pochowania Waldka nawet w górach Chan Tengri . To jest wyzwanie ale chyba że ponad ich siły .Rocznica śmierci tuż tuż czy dowiemy się jaki jest finał tej tragicznej wyprawy?
Przez Ala on sierpnia 18, 2009
Symboliczne pożegnanie Waldka w sobotę na starym cmentarzu. Bądźmy…
Przez iskra on sierpnia 19, 2009
a więcej informacji o spotkaniu i pożegnaniu Waldka, On miał wielu przyjaciół nie tylko w Oławie wiec bardzo proszę o więcej informacji
Przez Demsi on sierpnia 20, 2009
Sobota 22.08.2009 godzina 15.00 symboliczne pożegnanie Waldka…….
…na zawsze w sercach naszych …:((
Przez majka on sierpnia 25, 2009
Ci ludzie żyją pasją….. to że podbijają kolejne szczyty zamiast przeznaczenia środków na odnalezienie Waldiego nie oznacza, że o nim zapomnieli…. pozdrawiam
Przez zorba on sierpnia 26, 2009
Bardzo ciekawe, zwlaszcza, ze dopiero po tych kilku ostrych mailach , pojawil sie opis tragicznej wyprawy. Wczesniejsze informacje, opisy etc…jakims dziwnym trafem poznikaly. Nikt nie nie mial najmniejszego zamiaru zmuszac kogokolwiek, byz rezygnowal ze swojej pasji na rzecz sprowadzenia Waldiego. Chodzilo o to że pojawiały sie co chwile nowe wpisy z wypraw, a odnosnie Chana-Tengri “cisza jak po śmierci organisty”. Pozdrawiam i przy okazji dziekuje autorowi za szczegółową relacje i wyjaśnienie kulis tragedii.