Wejście na Mont Blanc 2011

22 lipca wyjechaliśmy, już po raz drugi, do francuskiego Chamonix, by wejść na najwyższy szczyt Alp – Mont Blanc. Podróż rozpoczęliśmy w nocy i po długiej, męczącej  drodze przez Niemcy

i Szwajcarię dotarliśmy do celu. Poranek przywitał nas lekkim deszczem, lecz długo nie padało, więc humor nas nie opuszczał. Po śniadaniu złożyliśmy namiot i znów w górę na 3800m n.p.m. Tym razem droga była męcząca, cały czas szliśmy po energii ruszyliśmy w górę. Na początek udaliśmy się w kierunku przystanku Col De Voza 1653m n.p.m., skąd tramwajem dojechaliśmy do       Nid D’Aigle 2372m n.p.m., a dalej już na szczyt pieszo. Początkowo podejście było dość łagodne, po paru godzinach marszu minęliśmy „Chatę Polaków”, niewielki budynek na wysokości 2800m n.p.m. Po południu dotarliśmy do schroniska Tete Russoe 3200m n.p.m., obok którego znajduje się pole śnieżne,

gdzie rozbiliśmy namiot, tak jak to zrobili inni. Pogoda jak dotąd dopisywała.  Wieczorem ze zdumieniem powitaliśmy nowego lokatora- mysz! Szybko jednak zrobiliśmy jej eksmisję…

kamieniach i niebezpieczna, ponieważ dużo osób schodziło i trzeba było się mijać w kuluarze „Rolling Stones”. W ostatniej fazie podejścia zaczęły się liny poręczowe, co ułatwiało dalszą wspinaczkę i bezpieczniej można było mijać się z innymi. Na grań Gouter dotarliśmy około południa, było tam kilka namiotów. Odkopaliśmy miejsce zasypane śniegiem padającym przez ostatnie dni.  W godzinach popołudniowych dotarło jeszcze kilka ekip i z paru namiotów zrobiło się małe pole namiotowe. Pogoda nie napawała optymizmem, raz świeciło słońce, raz chmurzyło się tak, że nic nie było wokół widać. Następny dzień miał być dniem ataku na szczyt i jak się później okazało, była to jedyna szansa na zdobycie tej góry od jakiegoś już czasu. Tego wieczoru szybko poszliśmy spać, bo zaplanowaliśmy pobudkę na 2. w nocy. Pierwszy głowę z namiotu wystawił Rysiek. O tej godzinie już niektórzy wyszli, więc nie czekając dłużej, szybko się ubraliśmy, wrzuciliśmy kilka batonów do kieszeni, zapakowaliśmy termos z herbatą i… w górę! oczywiście przewiązani liną. Niebo było bezchmurne. Wejście do schronu Vallot 4362m n.p.m. przebiegło bez większych problemów, jest to ostatnie miejsce, gdzie się można schronić. Zatrzymaliśmy się na chwilę, aby się napić i trochę odpocząć. Czas nas gonił, pogoda zaczęła się psuć. Gdy dotarliśmy na wysokość około 4500 m n.p.m. góra była spowita już chmurami, widoczność spadła nawet do 20-30 metrów. Był to moment, kiedy poważnie zastanawialiśmy się czy iść dalej. Ostatecznie w podjęciu decyzji nieświadomie pomogli nam alpejscy przewodnicy, którzy prowadzili swoje grupy na szczyt. Po pięciu godzinach wspinaczki zdobyliśmy Mont Blanc 4807m n.p.m., zrobiliśmy kilka zdjęć i rozpoczęliśmy zejście w dół do namiotu. Mimo że było z góry, wzmogła się nasza koncentracja, bo przy zmęczeniu nietrudno o wypadek. Następnego dnia rano już wypoczęci zeszliśmy do tramwaju, którym zjechaliśmy do Col De Voza, a stamtąd przeszliśmy do samochodu. Po przebraniu pojechaliśmy do Chamonix na camping i wymarzony prysznic.

Wracając do Polski, zatrzymaliśmy się na jeden dzień w Lozannie.

Zdjęcia.